– Każdy ma prawo. To nie jest dobry człowiek.

– Ach, pan już go poznał na wylot. Smith zignorował ironię.

– To jest potwór.

– A cóż w nim takiego potwornego?

Smith ze złością wyrwał źdźbło trawy, splótł między palcami i rozerwał.

– Ja tego nie potrafię wyrazić. To nie jest żadne słowo, to nie jest żaden obraz. Ja to po prostu czuję.

– Znam to. Nie pan pierwszy. Pospolita choroba. Recepta jest taka: zażywaj Xavrasa w małych i bardzo powoli rosnących dawkach.

– Co ksiądz, do diabła, plecie?

– Hę, hę, hę. Moralista Freudowski. Powinniście tu przyjeżdżać na pielgrzymki. No, no, nie masz się czego obrażać, kochany. Taki jest los wszystkich świec w pełnym blasku słońca. Wiem, to nie jest przyjemne uczucie. Ale trzeba się pogodzić. Jeszcze chodzą bohaterowie po tej ziemi. Choć pan zapewne mnie wyśmieje.

– Nie, ja rozumiem, musicie mieć swoje symbole, swoje sztandary.

Ksiądz ponownie zwrócił wzrok na Smitha i Ian odczytał na dnie ciemnych oczu Śmigi zwykłą, brudną pogardę. – Taak. Filmuj pan, filmuj.

Odkurzył stare zabawki; miał takiego drewnianego pajacyka o imieniu Relatywizm Kulturowy, podrygiwał on uciesznie na przegniłych sznurkach, główka chybotała mu się na boki niczym pijakowi, na twarzy miał wyrzezany szeroki uśmiech wyższości. Murzyni skaczący w rytm bębna dookoła ogniska; tak, tak, to było bardzo malownicze, kołpak lubi takie rzeczy.

Bo cóż innego Smithowi pozostało? Ano niewiele; jego zadaniem było przetłumaczyć Xavrasa na język telewizji – a jakże miał to zrobić, nie wierząc w niego, nie rozumiejąc go? Skręcić efektowny wideoklip każdy potrafi; ale tu chodzi o prawdę, a żeby pokazać na ekranie prawdę, trzeba kłamać, to żadna tajemnica, lecz kłamstwo kłamstwu nierówne, a prawda jest jedna – pozostając na zewnątrz, pozostając obcym, Smith, chcąc nie chcąc, każdym ujęciem, każdym kadrem tworzyłby atrakcyjny film akcji oNieuchwytnym Wyżrynie, fabułę równie fantastyczną, co MGM-owa superprodukcja. Nie ma wyjścia, trzeba wleźć do środka. A on nie był w stanie, odrzucało go z obrzydzenia.

Bladym świtem, gdy z przełęczy schodziła zimna mgła, powlókł się przez obóz w poszukiwaniu księdza Śmigi; ktoś wskazał mu drogę. Teraz już Smith bez przerwy chodził w kołpaku, takie były zasady tej gry: nie znasz dnia ani godziny, każda chwila może okazać się tą jedyną. Utracił twarz, ludzie Wyżryna rozpoznawali go po elektronicznej masce, zlał się w ich pamięci z wszystkimi wcześniejszymi wysłannikami sieci; w rzeczy samej -Smith był kołpakiem.

Okazało się, że to niedziela, Śmiga odprawiał mszę. Ian dotarł na sam jej koniec; wiernych było czternastu, za ołtarz robił nie okorowany pień drzewa. Łacina Śmigi płynęła wartkim strumieniem, Smith nie widział jego twarzy, lecz z szybkich, oszczędnych ruchów rąk księdza itwardo wyprostowanych pleców z łatwością odczytywał kolor jego myśli. Skończywszy, ksiądz pozbierał swoje rzeczy i schował je do chlebaka; wierni rozeszli się bez słowa. Smith podszedł do Śmigi.

– Czego? – warknął nań tamten.

– Może byłby ksiądz tak dobry i z łaski swojej…

– Filmował pan? Co? Filmował pan? – Postukał palcem w kołpak; Ian uchylił się, odstąpił krok.

– Nie. Co się ksiądz tak wścieka?

Śmiga wzruszył ramionami.

– Nie mam teraz czasu, idę do Wyżryna.

– No to ja z księdzem.

Śmiga posłał mu dziwne spojrzenie, po chwili jednak powtórnie wzruszył ramionami i pomaszerował między drzewa.

Wyżryn wraz z ponurym grubasem i jeszcze trzema mężczyznami siedział nad rozłożonymi na żółtej, plastikowej płachcie mapami, liczył coś na kalkulatorze. Opodal Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia zajadał się zielonymi jagodami. Na widok Śmigi i Smitha wszyscy przerwali wykonywane czynności.

– Co jest? – mruknął obliźniony starzec w brązowym płaszczu, spoglądając na intruzów spode łba.

– Wyłącz! – warknął Wyżryn na Smitha, podnosząc się z ziemi i wskazując kalkulatorem w stronę głowy Iana.

W efekcie wszyscy skupili spojrzenia na kołpaku Amerykanina i płonącym na nim czerwono napisie: ON.

A wtedy Śmiga sięgnął do wnętrza chlebaka, wyrwał zeń pistolet i wymierzył w Xavrasa.

Smith odwrócił się i zrobił krok w bok, by w pełni uchwycić obraz śmierci pułkownika. Tym samym jednak mimowolnie wszedł na ułamek sekundy na linię strzału Śmigi.

Rozległ się wrzask i huk. Księdza z rozerwaną na strzępy klatką piersiową rzuciło na krzywy pień sosny.

Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia z kolei wymierzył anukę w Smitha. Nawet się nie podniósł z przysiadu; po brodzie spływał mu jagodowy sok.

– Wyłącz – powtórzył Wyżryn. Smith wyłączył.

Tamci tymczasem poderwali się na nogi i podeszli do zwłok Śmigi; ksiądz wciąż zaciskał dłoń na rękojeści czarnego pistoletu. Kulawy rudzielec w czarnych okularach trącił trupa czubkiem ciężkiego buta. Ponury grubas zaś podrapał się w głowę i obejrzał na Xavrasa.

– To nie jest dobra reklama – rzekł.

– Ano nie jest – mruknął Wyżryn i rzucił przez ramię swemu przybocznemu: – Skocz no po Jewrieja.

Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia zabezpieczył karabin i pobiegł w las.

Smith przysiadł na ziemi. Żabia perspektywa monstrualizowała w jego obiektywach postaci wyżrynowców.

– Więc jednak wzięło go – szepnął.

Xavras usłyszał. W zamyśleniu wydął policzek.

– Flegma – zawołał na grubasa. – Obudź człowieka i przejdź się po rzeczy księdza.

– Aha – przytaknął Flegma i odszedł.

Pozostała trójka zabrała się do przeszukiwania ubrania i chlebaka Śmigi.

Xavras usiadł obok Smitha. Postukał się kalkulatorem w nie ogolony podbródek.

– Życie mi uratowałeś – rzekł, Ian spojrzał nań jak na wariata.

– Tak, tak – potwierdził Wyżryn. Smith ze złością zerwał kołpak z głowy.

– To ta maszyna – warknął. – To ta kamera.

Bierze się to stąd, że operator z okiem przyłożonym do okularu kamery czy fotograf z wycelowanym aparatem gubią gdzieś ciało i dają się w całości zassać spojrzeniu, jakby nałożyli pierścień Gygesa. Połowa przypadków śmierci reporterów wojennych wynika z ich karygodnej nieostrożności, dla postronnych obserwatorów sprawiającej wrażenie wręcz szaleńczej brawury. Taki kamerzysta potrafi w pogoni za lepszym ujęciem wbiec prosto pod kule. I nie ma to nic wspólnego z ich indywidualnymi predyspozycjami, bo nie dobiera się kandydatów na reporterów podług zawartości testosteronu w organizmie. Po prostu – prędzej czy później dopada to każdego. Przerażająca jest moc obiektywu. To śmiertelny narkotyk. Mieli w WCN szkolenia na ten temat, ale Smith nigdy nie przypuszczał, że i jemu się to przytrafi; choć po prawdzie nie miał żadnych przesłanek dla podobnych wniosków, bo jeszcze nigdy nie znalazł się w aż tak ekstremalnej sytuacji.

– Ach, maszyna. Maszyna. Więc nie ty. No to wszystko w porządku. – Xavras zaczął zbierać mapy.

Wrócił Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia wraz z jakimś niskim chudzielcem o twarzy zakrytej czarną kominiarką zdwoma otworami na oczy – a oczy miał błękitne błękitem czystego lodu. Na dłoniach nosił skórzane rękawiczki. Przyspieszył, wyminął Wyszedł Inny Koń Barwy Ognia i zatrzymał się nad Wyżrynem.

– Jest twój Judasz – oznajmił Xavras, nie podnosząc się, nie przestając rolować plastikowej płachty, w ogóle nie patrząc na mężczyznę w kominiarce.

– Kto? – Jewriej miał niski, ochrypły, drżący głos, sugerujący bardzo podeszły wiek.

– Śmiga.

– Cóż.

Wtem rudzielec w okularach przeciwsłonecznych zakrzyknął znad trupa:

– Mam! – i uniósł rękę z czymś ostro lśniącym w promieniach wschodzącego słońca.

Wyżryn wstał, podszedł doń i odebrał przedmiot.

– No, no – mruczał, obracając go w dłoni. – Nosił przy sobie. Co za miniaturyzacja. Jaką to może mieć moc? -Wrócił do Smitha i pokazał mu posrebrzaną papierośnicę Śmigi, z odłupanym podwójnym denkiem i rozbebeszoną elektroniką, która była ukryta pod nim. – Może to satelitarna? Co, panie Sniith? Nie zna się pan?


Перейти на страницу:
Изменить размер шрифта: